Powolny rozkład, tego, co kiedyś było pomiędzy

Wciąż siedzisz, zużyty
fotel wiernie wspiera
twój ciężar.
zazdroszczę mu paru rzeczy ale dalej patrzę ?
wlepiasz się w obraz pseudo-inteligentnej pół-twarzy,
czekasz
pustkę pomiędzy wypełnia frustrująca nadzieja ?
nie dotykasz prawie podłogi
i mnie.

twoje stopy wydeptują kolejny zawiły
wzór
na niespełnienie w moim dywanie.
wiem, że nie odejdziesz
chociaż wszystko przybiera barwę tych trzech liter,
ty wciąż rozpatrujesz kolejne zakrzywienie czasoprzestrzeni
jeśli nie liczyć jej całkowitego braku
w równomiernych odstępach czasu
niewyraźny brzęk rozbija otępienie:

to nic nie znaczy
prawda leży pośrodku, a wiara w cuda nie leży na ulicy
zarzygana i nieruchoma
prorokuje
nie powiem już nic
czy czujesz?
moje włosy pachną jak wtedy, znów czuć w nich niechciane słowa
idź już
patrzę przed siebie
idź już
Tam nie ma nic.

Czytaj wiersz
  3194 odsłon
 1 komentarze
3194 odsłon
1 komentarze

Pomiędzy wersami

Przeterminowani

Oto oni: tkwią na targowisku próżności, gdzieś między wczoraj a jutro, wciśnięci w tandetę obwoźnej półki sklepowej, pleśnieją z patosem
Oto oni: niepiękna Kobieta i niemłody mężczyzna wpięci w ramy niezgody, wypaleni do cna, pełni oczekiwań wobec nie-siebie, trywialno-banalni, tańczą ten swój odwieczny taniec nad przepaścią frywolna bitwa na niespełnienie....
Oto staje się Słowo: wielobarwne, spuchnięte mnogością liter i znaczeń 
I oto w tym słowie zawarta Prawda dziewiczo nie tknięta rdzą hipokryzji...
A Oto oni: niepiękna kobieta i niemłody mężczyzna, szukają słów na zniewolenie i sami zniewoleni przez ciasne fiszbiny koronkowych gorsetów, tracą oddech od niechcianej bliskości
A tak nie dawno padał ciepły deszcz, a tłuste krople lubieżnie rozmywały ślady lepkiej ich nagości i strzępki tych słów co nam dano...
Oto oni: dziś już nieistniejący, niebyli...
Zabrakło im tej wątłej nici tkanej słowem, by połatać te wspólne lata podarte już do cna...
Teraz to kwestia fleksji zaimków z presją by nie była to już  nigdy liczba mnoga.... dlatego teraz spojrzyj raz jeszcze, od nowa -
oto on: sam, szuka wciąż lepszych perspektyw i Ziemi Obiecanej mu przez korporacyjnych Proroków
Oto ona: sama, gotowa by poszybować wkrótce na południe, uciec przed wschodnią surową zimą i postępującą degrengoladą Człowieka.
Oto oni: oboje, niczym przebrzmiały dźwięk, fałszywy ton, zawieszeni nieruchomo w tej niemej ciszy, typowo post-mortem, bezowocnie i jałowo, umieranie na raty bez kredytu zaufania, rozkład wzajemnych relacji tylko dzisiaj w promocji z pudełkiem wielokrotnej zdrady gratis!! 
Agonia oplata wszystko swymi lodowatymi pędami, pną się ku niebu - wszechogarniająca apoteoza śmierci, grube, białe larwy żerujące na gnijących szczątkach...
I zero nadziei na zmartwychwstanie w wyblakłych oczach plastikowego Chrystusa z odpustowym kiczem gładzącego grzechy nasze amen.

Czytaj wiersz
  1434 odsłon
 1 komentarze
1434 odsłon
1 komentarze

Samotność w wielkim mieście

Na betonowym krzyżu wisi azbestowy Chrystus,
jako ekwiwalent socrealizmu.
To jeszcze nie grzech!
Pochylam się nad plątaniną asfaltowych arterii
i zdmuchuję radioaktywny pył z ciemnych klatek schodowych,
gdzie kryje się chorobliwe ich upodlenie.
To jeszcze nie demaskacja!
Trzeba by jeszcze zapalić dawno skradzione żarówki,
skradzione jak marzenia pewnego młodego szczura upojonego kwaśnym winem
z  multikorporacyjnych odpadów.
Brudne osiedla krzyczą milionem okien bez szyb, zamurowanych stereotypami.
Snują się po nich apatyczne duchy, dla których nie ma miejsca nawet i w czyśćcu.
; i uwierz mi, nie chciałbyś tu zabłądzić w ciemną, bezlitosną noc...
A pięści ich twarde tysiącem niepowodzeń, wznoszą się
jak przestroga na malachicie nieba!
Zapomnij o tych miejscach, gdzie rodzi się trwoga,
gdzie kwitnie Babilon, gdzie dzieci nigdy nie były dziecinne...
Zapomnij na rany Chrystusa z azbestu...
Co wieczór wychodzę popatrzeć na betonowy las domów,
pełnych dysfunkcyjnych rodzin, toksycznych związków i wszechogarniającej patologii,
we wszystkich możliwych odmianach.
Wdycham znajomy smród spalin, pozwalam by wypełnił zniszczone płuca;
wdycham wyziewy z fabryk i koksowni;
wdycham opary z niespełnionych marzeń, lotne jak wodór...
Ostatnie spojrzenie na miasto i już wiem.
I już wiem, że Ciebie tu nie spotkam.
I już wiem, że każdy woeczór rozciąga się w nieskończoność,
na czarnym płótnie nieba, bez kresu, bez sensu, bezludnie.
Mijam duchy przechodniów, zbyt spóźniona,
by zacząć cokolwiek raz jeszcze...

Lilith, kwiecień 2010r.

Czytaj wiersz
  1450 odsłon
 1 komentarze
1450 odsłon
1 komentarze