Proza

Samotność w wielkim mieście

Na betonowym krzyżu wisi azbestowy Chrystus,
jako ekwiwalent socrealizmu.
To jeszcze nie grzech!
Pochylam się nad plątaniną asfaltowych arterii
i zdmuchuję radioaktywny pył z ciemnych klatek schodowych,
gdzie kryje się chorobliwe ich upodlenie.
To jeszcze nie demaskacja!
Trzeba by jeszcze zapalić dawno skradzione żarówki,
skradzione jak marzenia pewnego młodego szczura upojonego kwaśnym winem
z  multikorporacyjnych odpadów.
Brudne osiedla krzyczą milionem okien bez szyb, zamurowanych stereotypami.
Snują się po nich apatyczne duchy, dla których nie ma miejsca nawet i w czyśćcu.
; i uwierz mi, nie chciałbyś tu zabłądzić w ciemną, bezlitosną noc...
A pięści ich twarde tysiącem niepowodzeń, wznoszą się
jak przestroga na malachicie nieba!
Zapomnij o tych miejscach, gdzie rodzi się trwoga,
gdzie kwitnie Babilon, gdzie dzieci nigdy nie były dziecinne...
Zapomnij na rany Chrystusa z azbestu...
Co wieczór wychodzę popatrzeć na betonowy las domów,
pełnych dysfunkcyjnych rodzin, toksycznych związków i wszechogarniającej patologii,
we wszystkich możliwych odmianach.
Wdycham znajomy smród spalin, pozwalam by wypełnił zniszczone płuca;
wdycham wyziewy z fabryk i koksowni;
wdycham opary z niespełnionych marzeń, lotne jak wodór...
Ostatnie spojrzenie na miasto i już wiem.
I już wiem, że Ciebie tu nie spotkam.
I już wiem, że każdy woeczór rozciąga się w nieskończoność,
na czarnym płótnie nieba, bez kresu, bez sensu, bezludnie.
Mijam duchy przechodniów, zbyt spóźniona,
by zacząć cokolwiek raz jeszcze...

Lilith, kwiecień 2010r.

Pomiędzy wersami
Sama
 

Komentarze

Gość - Anka w poniedziałek, 02 lipiec 2018 19:00

Piękny!

0
Piękny!